środa, 26 kwietnia 2017

Post mortem, odcinek 6. Ostatnia droga


Dziś nie będzie mowy o przesądach i duchach, ale... o czymś przyziemnym, aczkolwiek, pomimo owej przyziemności, urzekająco pięknym, czyli o karawanach oraz powozach żałobnych. 

Pod koniec XIX wieku nastąpiło apogeum mody na wszystko, co związane z pogrzebem i śmiercią. Do rozkwitu owej fascynacji wybitnie przyczyniła się - oprócz wysokiej śmiertelności, rzecz jasna, - brytyjska królowa Wiktoria, która ukochanego męża Alberta (1861) opłakiwała przez ponad trzydzieści lat.


Królowa Wiktoria w żałobie (źródło: http://condolencecoach.blogspot.com/2015/02/mourning-and-condolence-in-victorian.html)

Bardzo ważny elemente owej swoistej kultury pogrzebowej stanowiły eleganckie karawany. Oczywiście, nie każda rodzina mogła sobie pozwolić na luksus ich wynajęcia, ale ludzie zamożniejsi, których było na to stać, bądź też nawet ubożsi, którzy przez długie lata na ten właśnie cel oszczędzali, naprawdę mieli spośród czego wybierać! 

Właściciele domów pogrzebowych prześcigali się bowiem w pomysłach, jak efektowniej i bardziej spektakularnie udekorować posiadane przez siebie pojazdy. Tradycyjnie, porządny karawan miał przeszklone boki, przez które widać było bogato udekorowaną kwiatami trumnę z ciałem zmarłego. Ciągnęły go dwa, a czasem nawet cztery konie, prawie zawsze czarne, choć czasem zaprzęgano doń także białe. Głowy często (choć nie zawsze) przystrajano im czarnymi strusimi piórami.

Karawan czterokonny, Hawana, późny XIX wiek [?] (źródło: Pinterest.com)

Czasami bowiem wymyślne pióropusze przymocowywano nie do głów koni, lecz do dachu samego pojazdu. Na poniższej fotografii widać także symboliczne zasłony zwisające nad oknami. Zwracają uwagę również misterne wykończenia dachu złożone z elementów nawiązujących do neogotyku.


Wiktoriański karawan udekorowany pióropuszami (źródło: Pinterest.com)

Amerykański karawan z ok. 1895 (źródło: Pinterest.com)

Ozdobny karawan, późny XIX wiek (źródło: Pinterest.com)

Karawan cesarski, którym przewieziono na wieczny spoczynek ciało cesarzowej Elżbiety, Wiedeń, 1877 (źródło: Pinterest.com)

Zdarzały się również białe karawany, choć zdecydowanie przeważnie dominowała czerń. Wzorów było natomiast bez liku; korpus powozu najczęściej ozdabiano elementami złotymi lub srebrnymi. Za nim podążały inne pojazdy, wiozące żałobników na cmentarz. Zasłaniano w nich okna czarnymi zasłonami, zazwyczaj drapowanymi. Zauważyłam, że owe powozy - ze względu na swój pogrzebowy wygląd - nagminnie mylone są dziś z karawanami, pomimo że różnica między jednymi a drugimi jest dość oczywista i dostrzec ją można już na pierwszy rzut oka.

Powóz dla żałobników, 1898 (źródło: http://tcribb.co.uk/horse-drawn-funerals/)


Jak widać na załączonych zdjęciach, nie tylko same karawany, lecz także powozy, którymi w stronę cmentarza przemieszczali się żywi, zachwycają dopracowaną w każdym calu formą oraz wysmakowanym szczegółem.

Styl ten - choć oczywiście zmodyfikowany - zaobserwować można również w karawanach zmechanizowanych z pierwszej połowy XX wieku, szczególnie z Hiszpanii oraz krajów Ameryki Południowej. Nie dorównują one co prawda ciągniętym przez konie, baśniowym wehikułom z poprzedniego stulecia, jednak i tak współczesne karawany - proste i bez polotu -  mogą im pozazdrościć urody! 

Ozdobny karawan, Hiszpania, lata 20 XX wieku (źródło: Pinterest.com)

Karawan Cadillac, Argentyna, 1929 (źródło: Pinterest.com)

Karawan, 1930 (źródło: http://justacarguy.blogspot.com/2016/03/1930-open-front-carved-hearse.html)




poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Post mortem, odcinek 5. Co mógł nam zrobić zmarły?

Tytuł tego artykułu brzmi nieco dziwnie: "Co mógł nam zrobić zmarły?" Chyba nic, prawda? Zmarły miał bowiem niewielkie, a właściwie żadne pole manewru... albo tak nam się obecnie wydaje. W epoce wiktoriańskiej uważano bowiem, że - wręcz przeciwnie - mógł on narobić sporo szkód, jeśli żyjący krewni w porę temu nie zapobiegli!

Z pewnością wielu z nas słyszało o zwyczaju zakrywania luster po odejściu jednego z domowników. Przeczytać o nim można w wielu publikacjach z dziedziny historii kultury, a także w powieściach, w tym w "Krzyku Persefony" mojego własnego pióra. W rzeczy samej, zakrycie wszystkich luster w domu było jedną z najważniejszych czynności, jakie należało wykonać, gdy ktoś nam umarł. W przeciwnym razie - jak sądzili nasi przodkowie - dusza, która niedawno uszła z ciała mogła bowiem przypadkowo zostać uwięziona właśnie w lustrze. Wierzono także, że jeśli zmarły odbije się w szklanej tafli, będzie później "straszył" żywych, gdyż będą oni go w niej później widzieć.

(źródło: https://ohfiddledeedee.com/2013/08/20/what-i-did-on-my-summer-vacation-oak-alley-plantation/)

Popularne halloweenowe "nawiedzone" lustra wywodzą się właśnie z tego przesądu. Cóż bowiem może człowieka bardziej przestraszyć niż zobaczenie w lustrze twarzy dawno nieżyjącej osoby? Dlatego właśnie w krajach anglosaskich specjalnie nakleja się na lustra realistycznie wyglądające twarze, by zwiększyć atmosferę grozy.


 (źródło: http://always29.deviantart.com/art/Mirror-ghost-251798038)

Drugi znany przesąd dotyczył zegarów. Ma on dość długą tradycję, gdyż sięga czasów Ludwika XIV. Podobno jego zegar przestał działać dokładnie 1 września 1717 o godzinie 7:45, a więc dokładnie w chwili śmierci francuskiego monarchy. Taka sama legenda łączona jest ze śmiercią znanego wynalazcy, Thomasa Edisona. Parapsychologowie twierdzą, że zegary zatrzymuje sam umierający człowiek, gdyż kończąc życie uwalnia on bardzo silną energię, czego skutkiem jest właśnie pozornie spontaniczne zatrzymanie czasomierzy. Niemniej jednak, w dziewiętnastym wieku obowiązkowo należało zatrzymać wszystkie zegary w domu, gdzie umarł człowiek, gdyż niedopełnienie tego obowiązku miało przynieść domownikom pecha.

 (źródło: https://www.shutterstock.com/video/clip-3775232-stock-footage-antique-clock-with-chain-the-clock-hands-stopped.html)

Innym, dość przerażającym przesądem jest wiara, że jeśli w domu zostanie jakiś przedmiot należący do zmarłego, ten przyjdzie po nas i nas ze sobą zabierze. Dlatego właśnie nasze babcie tak skrupulatnie paliły odzież oraz wszelkie inne przynależności, jakie pozostawili po sobie bliscy, którzy odeszli. Nawet bowiem osoba za życia dobra mogła postąpić w ten sposób, po prostu z tęsknoty za rodziną. Korzeni tej tradycji należy się moim zdaniem dopatrywać po prostu w szalejących w dawnych czasach zarazach oraz innych chorobach zakaźnych, których pozostałości należało skrupulatnie usunąć z domu, póki jeszcze nie było za późno. Z czasem zaraza odeszła w niepamięć, a wokół całkiem trywialnego, pragmatycznego zwyczaju narosła upiorna legenda.

 Palenie odzieży po zmarłych na dżumę, ok. 1340 (źródło: https://www.thoughtco.com/black-death-causes-and-symptoms-1789438)

Kolejne niebezpieczeństwo wiązało się z rozmowami. Pamiętacie stare przysłowie, De mortuis nil nisi bene, czyli po polsku: "O zmarłych należy się wyrażać wyłącznie dobrze"? Otóż, od czasów starożytnych właściwie aż do dziś uważa się, że wyrażanie złych opinii o ludziach już nieżyjących może przynieść pecha lub... ściągnąć na nas nieproszoną wizytę tych ostatnich! Uchodzi również - abstrahując już od przesądu - za zachowanie wysoce nietaktowne.

Nieszczęście mógł na żywych sprowadzić nawet obcy, kompletnie nieznany im zmarły, obojętne, czy dobry, czy zły. Napotkanie konduktu żałobnego uważano zatem za wysoce niebezpieczne. Kiedy już się więc na taki orszak natknęliśmy, należało natychmiast odwrócić głowę, a jeśli nie udałoby się nam tego w porę zrobić, powinniśmy przynajmniej mocno złapać się za guzik i nie puszczać, dopóki procesja zupełnie nie zniknęła nam z oczu.



Wiktoriański kondukt żałobny (źródło: http://www.angelpig.net/victorian/mourning.html)

Te wszystkie obyczaje, lęki, przesądy i obawy pokutują w społeczeństwie do dziś, szczególnie w środowiskach wiejskich, gdzie czas z natury płynie wolniej, a dawne tradycje oraz zwyczaje żyją dłużej niż w miastach. Mają one swój urok dawnych czasów, a jednocześnie moc inspirowania wyobraźni. Być może w tym właśnie tkwi ich sekret...

 (źródło: https://www.thoughtco.com/black-death-causes-and-symptoms-1789438)


piątek, 7 kwietnia 2017

Post mortem, odcinek 4. W co dawniej ubierano zmarłych?

W poprzednich artykułach z cyklu "Post mortem" pisałam już o pośmiertnych dagerotypach, biżuterii oraz lalkach żałobnych mających na celu upamiętnienie utraconych bliskich. Dziś pora na stroje, które zajmują - podobnie jak biżuteria - szczególną rolę w tradycji funeralnej, a także w kulturze gotyckiej. Omówienie XIX-wiecznych strojów pogrzebowych zaczniemy w porządku właściwym, czyli od głównego bohatera pogrzebu.

Najbardziej rzetelnym, wręcz idealnym sposobem na dowiedzenie się, jak przygotowywano ludzi na ich ostatnią drogę byłoby fizyczne przebadanie wielu pochówków z epoki i wyciągnięcie wniosków z empirycznej obserwacji. Niestety, ekshumowanie takiej liczby grobów bez wyraźnej przyczyny (np. policyjnego dochodzenia w tzw. zimnych sprawach),  byłoby raczej niemożliwe, a poza tym niepotrzebnie zakłóciłoby zmarłym spokój. 

Co więcej, nie byłoby nawet potrzebne, dzięki możliwości zwiedzenia takich miejsc jak np. katakumby w Palermo (które bardzo chciałabym odwiedzić!), gdzie ciała niektórych zmarłych (oraz ich ubiór) zachowały się w niemal nietkniętym stanie.

Idealnie zachoawne ciało mąłej dziewczynki, Katakumby Kapucynów w Palermo (źródło: Pinterest.com)


Zwłoki mężczyzny, Katakumby Kapucynów w Palermo (źródło: Pinterest.com)

Po drugie, do naszych czasów dotrwały tysiące pośmiertnych zdjęć, na których utrwalono cenne szczegóły. Zmarłych uwieczniano bowiem na podobiznach przeważnie w tym, w czym niedługo potem składano ich do trumny.


Pośmiertne zdjęcie małej dziewczynki (źródło: Pinterest.com)


Pośmiertne zdjęcie młodej kobiety (źródło: Pinterest.com)


Najczęściej wybierano stroje odświętne, w tym także ślubne, komunijne i chrzcielne, co bardzo dobrze widać na przykładzie pośmiertnych podobizn dzieci oraz młodych kobiet (vide dwie powyższe fotografie). Tradycja ta widoczna jest już na obrazach osiemnastowiecznych, jak na przykład na poniższym płótnie Charlesa Willsona Peale, na którym uwiecznił on swą żonę Rachel opłakującą śmierć wspólnej córeczki Margaret, zmarłej w 1772 na czarną ospę.


Charles Willson Peale, "Płacząca Rachel" (1776), Philadelphia Museum of Art


Często - oprócz dewocjonaliów - do trumny wkładano także ulubione przedmioty zmarłego, z których często korzystał za życia. W przypadku dzieci były to oczywiście ukochane zabawki. 

 Wiktoriańska pośmiertna fotografia dziewczynki (źródło: Pinterest.com)

Dorosłych mężczyzn oraz starszych chłopców przeważnie chowano w garniturach bądź w galowych mundurkach szkolnych, podobnie jak ma to miejsce także dziś, kobiety zaś w "lepszych", bądź też ulubionych sukniach, młodsze najczęściej w jasnych (lub, jak wspomniałam, w szczególnych przypadkach także w stroju ślubnym), a starsze w ciemniejszych (choć nie zawsze), niedawno owdowiałe natomiast - zgodnie ze statusem - w czerni.

Nastoletni chłopiec z ciałem młodszego brata (źródło: http://boingboing.net/2014/12/03/beyond-the-dark-veil-beaut.html)

Pośmiertna fotografia Edgara Allana Poe (źródło: https://annoyzview.wordpress.com/2013/02/22/mystery-regarding-the-last-days-of-edgar-allan-poe/)

Pośmiertna fotografia starszej kobiety (źródło: https://hiveminer.com/Tags/dead,mortem/Interesting)

Dzięki pracy oraz pasji archiwistów i kolekcjonerów dawne fotografie pośmiertne oraz źródła zawierające wiele wartościowych informacji zostały ocalone od zniszczenia, a nawet... opublikowane w formie książkowej. Jedną z takich pozycji jest niedawno wydany album pt. Beyond the Dark Veil, zawierający pokaźny zbiór dagerotypów z The Thanatos Archive (2014). Cenne materiały można znaleźć również w The Victorian Book of the Dead Chrisa Woodyarda (2014) oraz Morbid Curiosities Paula Gambino (2016). Planuję zakup całej tej niezwykłej trójcy, gdyż czuję, że bardzo mnie zainspiruje!







poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Post mortem, odcinek 3. Lalki żałobne

Jeśli ktoś z Was oglądał horror psychologiczny pt. "Chłopiec" (ang. The Boy, 2016), dzisiejszy odcinek z cyklu "Post mortem" wyda mu się zapewne nieco znajomy. Przewodni motyw owego filmu zaczerpnięto bowiem z istniejącej naprawdę wiktoriańskiej tradycji tworzenia lalek żałobnych, mających upamiętnić zmarłych (szczególnie najmłodszych) członków rodziny.

W poprzednich odcinkach pisałam o pośmiertnych zdjęciach oraz biżuterii żałobnej. Teraz właśnie pora na wyżej wspomniane lalki, znane w anglosaskim świecie jako "mourning dolls" lub "effigy dolls".

Mało kto słyszał o tych niekonwencjonalnych "zabawkach", których niepokojące twarzyczki, choć uroczo niewinne, budzą dreszcz grozy oraz nawiedzają tego, kto na nie spojrzał jeszcze przez dłuższy czas, niczym małe aniołki śmierci.

Praktyka ich tworzenia sięga dziewiętnastego wieku, choć jej korzeni można (i chyba należy) dopatrywać się jeszcze w czasach starożytnych. Przywodzi bowiem na myśl rzymski obyczaj trzymania w domu małych posążków zmarłych przodków (lares i penates), którzy - jak wierzono - mieli otaczać opieką żyjących członków rodziny.

Lararium  w Pompejach (źródło: http://www.pompeiiinpictures.com/pompeiiinpictures/R6/6%2016%2007%20p13.htm)

Wysoka umieralność dzieci w XIX wieku sprawiła, że nawet te, które dożyły wieku dorosłego, stykały się ze śmiercią w bardzo wczesnym okresie swego życia, nierzadko zaś były świadkami zgonów nie tylko swych rodziców, lecz także rodzeństwa. Egzystując w cieniu nieustannie grożącego im, potwornego widma przedwczesnego zgonu, w naturalny sposób wtajemniczały się zatem w misterium żałoby. Dorośli z kolei szukali pocieszenia, gdzie tylko mogli, przekształcając swoją rozpacz w osobliwe dzieła sztuki. Za pośrednictwem tych ostatnich, bądź to sami, bądź w towarzystwie pozostałych przy życiu bliskich, powoli przechodzili (lub nie) do porządku dziennego nad tragedią, jaka ich dotknęła, jednocześnie zachowując w swym otoczeniu symboliczną cząstkę zmarłego. Trudno o bardziej wyrozumiałego towarzysza wspólnej niedoli niż słodka, smutna lalka!


Angielska lalka żałobna z okresu regencji (źródło: Pinterest.com)
 
 
Wiktoriańska lalka żałobna wykonana z wosku (źródło: Pinterest.com)
 
Żałobne lalki cieszyły się ogromną popularnością w świecie anglosaskim epoki wiktoriańskiej, przede wszystkim zaś - podobnie jak fotografie post mortem przed wynalezieniem dagerotypu - w rodzinach zamożnych, które stać było na tego rodzaju wydatek. Wykonywano je najczęściej z wosku z zachowaniem podobieństwa do utraconego syna lub córki, w rozmiarze naturalnym, i zwykle ubierano w ubranka zmarłego dziecka. Głowę natomiast dekorowano puklami jego włosów, co nadawało lalce jeszcze bardziej realistyczny wygląd, a ponadto sprawiało, że stawała się swego rodzaju "przedłużeniem" ciała swego ludzkiego pierwowzoru.

Tak przygotowaną lalkę pokazywano gościom w czasie stypy, a później trzymano w domu, oczywiście na honorowym miejscu.


Lalka wykonana z wosku i papier mache, ok. 1880 (źródło: Pinterest.com)

Tradycja tworzenia lalek żałobnych praktykowana jest także współcześnie, choć - poza scenariuszem wspomnianego na początku filmu - nie ma wiele wspólnego z autentyczną żałobą. Funkcjonuje bowiem niemal wyłącznie na poziomie czysto estetycznym, stwarzając artystom plastykom obdarzonym nietuzinkową wyobraźnią wspaniałe pole do popisu. 

Współczesne lalki żałobne często odbiegają wyglądem od swych dziewiętnastowiecznych poprzedniczek, do których mimo wszystko w sposób oczywisty nawiązują. Większość z nich powstaje bowiem nie po to, by upamiętnić jakąś konkretną osobę, lecz, by przyciągać wzrok, a nawet... subtelnie (lub całkiem porządnie) straszyć. 


Współcześnie wykonana lalka artystyczna (źródło: http://annemariegibbonslilpoes.blogspot.com/2013/03/courtney-crackle-faux-broken-doll.html)

Współcześnie wykonana lalka artystyczna (źródło: https://www.apinkprincess.com/madame-alexander-scarlett-in-mourning-doll.html)


Upiorna lalka firmy Evil Twin Conjure (źródło: https://www.eviltwinconjure.com/victorian-mourning-dolls)
 
 

środa, 29 marca 2017

Post mortem, odcinek 2. Biżuteria żałobna

W poprzednim wpisie z krótkiego cyklu "Post mortem" pisałam o fotografii pośmiertnej, która w epoce wiktoriańskiej robiła prawdziwą furorę, do czego przyczyniło się w dużym stopniu wynalezienie dagerotypu.

Dziś o biżuterii żałobnej - mojej wielkiej fascynacji.

Polakom termin "biżuteria żałobna" od razu kojarzy się z Powstaniem Styczniowym, gdyż nie tylko po jego klęsce, lecz nawet już przed samym wybuchem, kiedy po krwawo stłumionych manifestacjach niepodległościowych ogłoszono żałobę narodową, tego rodzaju ozdoby stały się symbolem patriotyzmu, a za samo ich noszenie groziły surowe kary.

  Biżuteria żałobna ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego (źródło: http://powstaniestyczniowe.nck.pl/?p=970)

Biżuterię żałobną wyrabiano z tanich materiałów, najczęściej metali nieszlachetnych pokrytych czarną emalią, była zatem dostępna dla kobiet ze wszystkich warstw społecznych. Często pojawiały się na niej motywy trupich czaszek, krzyży oraz łańcuchów czy powrozów, wymownie symbolizujące zniewolenie narodu polskiego przez zaborcę.

Pomysł na noszenie takiej biżuterii był silnie zakorzeniony zarówno w swoistej estetyce epoki, jak i w istniejącej już od dawna tradycji jubilerskiej. Już bowiem w XVII wieku wyrabiano tego rodzaju ozdoby, czego przykładem jest poniższy, misternie wykonany pierścionek.


17-wieczny pierścionek żałobny, The Ashmolean Museum (źródło: http://jewelrynerd.org/blog/the-secrets-of-mourning-jewelry-revealed-part-i-commemorative-jewelry)

Moda na biżuterię żałobną, obecna także w XVIII wieku, światowe apogeum osiągnęła po śmierci męża królowej Wiktorii, księcia Alberta, który zmarł dwa lata przed wybuchem Powstania Styczniowego. Niepocieszona po jego stracie brytyjska monarchini już do końca życia ubierała się na czarno.

 Sygnet z wizerunkiem zmarłego księcia Alberta, 1861 (źródło: http://artofmourning.com/2015/03/02/victorias-photographic-mourning-ring-for-albert-1861/)

Osiemnasto- i dziewiętnastowieczna biżuteria żałobna była - mówiąc językiem współczesnym - mocno spersonalizowana. Bardzo często w skład takich bibelotów wchodziły nie tylko podobizny zmarłych tudzież motywy nawiązujące do śmierci i pogrzebu, lecz także... włosy nieodżałowanych zmarłych.

Pierścień z włosami, XVIII wiek (źródło: Pinterest.com)

Wisiorek żałobny z miniaturą i włosami zmarłej, 1821 (źródło: http://artofmourning.com/)

Z użyciem ludzkich włosów wyrabiano prawdziwe cuda, od broszek, przez kolczyki i pierścienie, po misterne plecionki. Czasami wkomponowywano w te niezwykłe artefakty fotografie utraconych bliskich, nierzadko wykonane już post mortem.


Komplet biżuterii, ok. 1840 (źródło: Pinterest.com)

Wiktoriańska broszka ze zdjęciem zmarłej dziewczynki (źródło: Pinterest.com)
Oprócz biżuterii typowo żałobnej, dużą popularnością cieszyły się w dawnych wiekach tzw. memento mori, czyli artefakty przypominające o nieuchronności śmierci. Przybierały one różne formy, od obrazów i rzeźb (oraz przerażających obiektów podobnych do tego, który opisuje Ann Radcliffe w The Mysteries of Udolpho), po - właśnie - makabryczne ozdoby. 

Wisiorek z ok. 1540, Victoria and Albert Museum (źródło: http://4cs.gia.edu/en-us/blog/antique-victorian-era-mourning-jewelry/)
Francuski wisiorek z kościotrupem, XVI wiek (źródło: Pinterest.com)

Późnowiktoriański wisiorek z kościotrupem (źródło: Pinterest.com)

Jak widać na powyższych zdjęciach, estetyka późnowiktoriańskich memento mori niewiele różni się od szesnastowiecznej.
W ten sam klimat wpisują się - choć bez porównania gorszej jakości, gdyż masowo wykonywane - ozdoby współczesne, takie jak kultowy wisiorek z Nosferatu marki Alchemy Gothic czy przedstawione niżej kolczyki-szkielety należące do mojej osobistej kolekcji.
Wisiorek z wampirem, Alchemy Gothic (kolekcja własna)

Kolczyki-szkielety (kolekcja własna)

Po raz kolejny okazuje się, że kultura gotycka chroni od zapomnienia, a nierzadko nawet wskrzesza ciekawe tradycje z dawnych wieków, wraz z estetyką ocala zaś również cząstkę tamtej wrażliwości. Przyczynają się do tego również inicjatywy takie jak The Order of Good Death oraz współcześni artyści, którzy w swej pracy nawiązują do dawnych jubilerów, a co więcej... czasami stosują te same, co oni techniki!


Współcześnie wykonany (2014) wisiorek z włosami osoby zmarłej autrostwa Iriny Jordan (źródło: https://www.calebwilde.com/2014/08/think-mourning-hair-jewelry-is-a-thing-of-the-past-think-again/)


wtorek, 28 marca 2017

Post mortem, odcinek 1. Fotografie

Jeżeli ktoś z Was oglądał horror pt. "Inni" ("The Others", 2001), z pewnością pamięta scenę, w której główna bohaterka, znakomicie grana przez Nicole Kidman, znajduje w swym domu dziwne, a zarazem przerażające fotografie pośmiertne jego poprzednich mieszkańców. Akcja filmu toczy się w roku 1945, ale fotografie są dużo starsze; pochodzą bowiem z epoki wiktoriańskiej. Ciekawy pomysł, prawda?

Nie do końca; to znaczy, nie do końca pomysł reżysera. Alejandro Amenábar nie wymyślił tego bowiem sam, lecz sięgnął do bardzo popularnej w wiktoriańskiej Europie i Ameryce tradycji uwieczniania na zdjęciach niedawno zmarłych osób. Sięgnęłam do niej również ja, w mojej trzeciej powieści pt. "Mechaniczna ćma", gdzie jedna z bohaterek zarabia na życie... nie fotografowaniem, lecz malowaniem zmarłych.
 
Wraz z wynalezieniem dagerotypu (w 1839), zwyczaj wykonywania pośmiertnych zdjęć - dotąd raczej praktykowany przez ludzi zamożnych, których stać było na wynajęcie fotografa - rozpowszechnił się również wśród osób biedniejszych. Pod koniec dziewiętnastego wieku zmarłych fotografowano niemal tak często jak żywych, czego świadectwem są ich niezliczone, doskonale zachowane podobizny.




Czasem owe "post mortem" są przerażające, gdyż zanim zostały wykonane, śmierć zdążyła już odcisnąć wyraźne piętno na modelu bądź modelce, czasem natomiast  - tak urokliwe, że nie sposób oderwać od nich wzroku. 

 

Zawsze jednak emanuje z nich charakterystyczny niepokój. Podobnie jak światło podczerwone pomoże odcyfrować trudny bądź wyblakły zapis na papierze, ludzkie oczy bez trudu odczytają subtelny szyfr Słodkiej Przyjaciółki, jak mawiał o niej jeden z bohaterów "Mechanicznej ćmy".